"Księdzu rusz się" - usłyszałem od zniecierpliwionego wiernego, stojącego za mną w kolejce do spowiedzi. Długa kolejka, idzie wolno, zniecierpliwienie, zdenerwowanie i napięta atmosfera u penitentów.
Nie ukrywam, że nie mogłem wytrzymać ze śmiechu, jak ekipa z karteczkami przychodziła w kolejkę do spowiedzi. Po wejściu oczywiści znak krzyża zdeformowany maksymalnie, w kolejce teksty niezłego kalibru. Karteczka w rączce i gruby brak taktu, choćby ze względu na miejsce w którym te osoby się znalazły.
Tak sobie pomyślałem, czy ja, czy oni mają świadomość ważności, rangi, świętości tego sakramentu? Czy wiedzą, że to jest sakrament? Czy wiedzą co to jest sakrament?
Po zachowaniu wnioskuję, że nie do końca mają świadomość spowiedzi!
Sam często traktuję ten sakrament powierzchownie, byle odhaczyć, byle uspokoić sumienie. Co mnie samego wkurza, bo nie lubię pozoranctwa. Ale jakże często wychodzę z konfesjonału ze skruchą, odmieniony z "lepszym" samopoczuciem, nie ta się tego uczucia opisać, i nie jest to naiwne. Patrzę na te sprawy naprawdę przyziemnie. Zostawiam emocje!
Po co się spowiadać?
Plotki w konfesjonale...
Mówić o swoich grzechach obcemu...
Ale się nasłucha.... cdn...